Biurokrację zwalczymy biurokracją.
W ramach stałego ulepszania administracji dokonano kolejnego jej „usprawnienia”. Od marca obowiązywać będzie przepis zobowiązujący urzędy do prowadzenia tzw. metryki każdej sprawy administracyjnej. Pisząc zrozumiałym językiem, chodzi o to, że do fury papierków, których dzisiaj już jest niemało, dojdzie jeszcze jeden. Będzie to tabelka, do której każdy pracownik urzędu mający cokolwiek wspólnego z daną sprawą, będzie wpisywał, co i kiedy zrobił. A ponieważ najczęściej konieczny jest współudział kilku osób lub komórek organizacyjnych, będzie, o czym pisać. Nawet, jeśli tabelki papierowe zamieni się na ich wersje elektroniczne.
Przeczytałem, że pomysł ten bardzo chwalił ktoś przedstawiający się, jako ekspert Pracodawcy RP (dawniej Konfederacja Pracodawców Polskich). Jego zdaniem, efektem tej nowinki będzie sprawniejsze i bardziej przejrzyste postępowanie urzędów.
Otóż, to nie jest wcale takie pewne. Natomiast jedynym gwarantowanym skutkiem tej zmiany będzie zwiększenie pracochłonności, czyli rozrost biurokracji, z która podobno chce się walczyć. Dla klientów urzędu zmiany przynoszą iluzoryczne korzyści. I dzisiaj są ustalone terminy załatwiania spraw, a niezadowolony klient bez trudu znajdzie odpowiedzialnego za, jego zdaniem, nieudolne lub opieszałe postępowanie. Przepisy dają mu możliwość dochodzenia swoich praw, niezależnie od tego, kto zajmował się jego sprawą. W ostateczności, w przypadku miasta, i tak za wszystko odpowiada prezydent. Więc bez wnikania w szczegóły obywatel może się skarżyć na szefa urzędu i zdarza się, że to robi. Bez znaczenia jest to, czy jakieś podanie trafiło do pana Krzysia, czy pani Małgosi.
Ów ekspert twierdzi, nie bez racji, że mieszkańcy chcą sprawnego załatwiania spraw. Ale chcą przecież nie tylko tego. Liczą się dla nich także koszty funkcjonowania administracji. Wskutek wprowadzonej zmiany koszty na pewno wzrosną. Dzięki czemu ministrowie będą mogli z troska pochylać się nad problemem „taniego państwa”. Wszystko zgodnie ze znanym powiedzeniem Stefana Kisielewskiego, że socjalizm to system, w którym władza bohatersko zmaga się z problemami, które sama stwarza. Wychodzi na to, że we współczesnej Polsce przerost biurokracji zwalczać będziemy nadmiarem socjalizmu.
A jeśli i ja i liczni samorządowcy wyśmiewający ten absurd nie mamy racji, wkrótce powinno być to udowodnione. Jeżeli bowiem ten pomysł zwiększania zwiększenia efektywności pracy słusznie chwalony jest przez przedstawiciela biznesu, pewnie jego stosowanie upowszechni się także wśród przedsiębiorców. Któż z pracodawców nie chciałby mieć pewności, że jego personel pracuje perfekcyjnie i szybko? Przyznam, że moja wyobraźnia nie ogarnia bezmiaru dobra, jakie miałoby powstać, gdyby każdy pracownik firmy składał codziennie raport z wykonywanych czynności. Ale nie jestem przecież ani ministrem, ani nie reprezentuję kilku tysięcy firm zrzeszonych w Pracodawcy RP.
Przyznam, że jednego żałuję. Nowe rozwiązanie dotyczy tylko spraw administracyjnych i nie działa wstecz. Dlatego nie powstanie metryka dokumentująca, kto i w jaki sposób wypracował opisaną modyfikację prawa. A szkoda. W imieniu samorządowców można by wystąpić o medal zasłużonego innowatora biurokracji.
Dlaczego ACTA jest ważne.
Niedawno przeczytałem, że w starożytności wystarczyło świadectwo dwóch ludzi, by było ono uznane za w pełni wiarygodne. O ile to prawda, nie stanowi dowodu naiwności ówcześnie żyjących. Raczej pokazuje, ile jest warte słowo „postęp”, w odniesieniu do postaw i zachowań współczesnych ludzi. A ponieważ technologie rzeczywiście rozwijają się w imponującym tempie, dochodzi do sytuacji, jak przy okazji ACTA.
W całym zamieszaniu, które powstało, widzę trzy różne sprawy. Po pierwsze dostęp do dziedzictwa kultury i respektowanie praw autorskich. Nie zgadzam się, żeby jakakolwiek zbiorowość mogła ustalić, że czyjaś własność intelektualna przestała należeć do autora. To byłaby grabież. Z drugiej strony, niebezpieczna byłaby inna skrajność. Choćby możliwość, że na mocy zakazu prawnego lub przez wykupienie prawa wyłączności publikowania i udostępniania, ktoś skasuje z obiegu rzeczy, które są nieomal organiczną częścią każdego z nas. Być może nie odczuwamy braku na rynku książek autorów, których spadkobiercy od lat odmawiają wydawnictwom wznowienia dzieł. Ale gdyby okazało się, że już nigdy nie posłuchamy muzyki Grechuty, Ciechowskiego lub Collinsa, albo nie zobaczymy np. filmu „Władca pierścieni”, raczej nie pogodzilibyśmy się z tym. Istnieją osoby dysponujące niewyobrażalnie ogromnymi pieniędzmi. Czy wykluczone jest, że choćby dla kaprysu, kupią kiedyś wyłącznie na swój prywatny użytek transmisje z meczy FC Barcelona?
Mam jednak wrażenie, że powyższe problemy stały się niechcący lub przez świadome działanie rodzajem przykrywki dla sprawy ważniejszej. Jest nią zakres naszej wolności. Można się zadyskutować na śmierć, czy i jak powinien być ograniczany. Niewątpliwe jest jednak, że technika daje coraz większe możliwości kontrolowania jednostek. Nie mam obsesji na tym punkcie. A jednak obserwacja rzeczywistości, w której żyjemy, powinna skłaniać do zastanowienia. Podesłano mi poniższy link. http://www.youtube.com/watch?v=mnXAyAiqUlw&feature=player_embedded
Wierzę, że ludziom z branży odzieżowej nawet nie śniło się inwigilowanie swych klientów. Nie mogę jednak wykluczyć, że faceci z innej branży myślą o tym zupełnie poważnie. Dlatego wątek dyskusji na temat ACTA dotyczący swobody wypowiedzi i wolności obywatelskich uważam za kluczowy.
Jest jeszcze jeden aspekt całej sprawy – wpływ organizacji globalnych na decyzje podejmowane przez władze poszczególnych krajów. Dosyć powszechne jest przekonanie o omnipotencji polityków. Istnieje jednak podejrzenie, że coraz częściej nie sprawują oni suwerennej władzy. Raczej testuje się ich odporność na propozycje pełnienia roli trybików w mechanizmach dotyczących spraw, co do których ich kompetencja, ale także wiedza społeczeństw, które ich wybrały jest znikoma. Zauważmy, że polityków znamy z lepszej lub gorszej strony, ale mamy pewien wpływ na ich selekcję. Natomiast ludzie, którzy mogą nimi sterować pozostają zawsze anonimowi i poza jakąkolwiek kontrolą społeczną. Niestety, nie da się łatwo zbyć zarzutów, że demokracja może być coraz bardziej jedynie grą pozorów.
Jeśli mamy, co do tego wątpliwości, przypomnijmy sobie na przykład dyskusje na temat żywności modyfikowanej genetycznie lub efektu cieplarnianego. Nawet, jeśli przyjąć, że klimat na Ziemi się ociepla, nie brakuje poważnych głosów, że tylko w śladowych ilościach wpływa na to aktywność człowieka. Dominują procesy naturalne, których nie opanujemy. A pomimo tego podejmowane są decyzje wydatkowania gigantycznych sum w celu ograniczenia emisji CO2. Skutki tego odczuwamy już teraz, a wkrótce będą jeszcze wyraźniejsze. Zapowiadane podwyżki cen ciepła i energii elektrycznej są tego bezpośrednią konsekwencją. Przyjrzyjmy się także, jak działa „niewidzialna ręka rynku”. Agencja raitingowa może poprzez ocenę wiarygodności państwa w mgnieniu oka może posprzątać pozornie niezatapialnych szefów państw. Jeśli te wątpliwości są, choć w części, uzasadnione, swoboda przepływu informacji i opinii ma kluczowe znaczenie.
Z opisanych powyżej powodów dyskusja o ACTA jest ważna. I nie chodzi o to, jak oceniamy rząd, który ignoruje ostrzeżenia przed postawieniem fałszywego kroku i podpisuje międzynarodową umowę. Dopiero potem chce się zastanawiać nad jej znaczeniem. Zdecydowanie ważniejsze jest, co innego. Jestem okazjonalnym użytkownikiem internetu. Nie znam się na zawiłościach dotyczących sieci. Nie mam pojęcia o prawie międzynarodowym. Dlatego nie posiadam żadnych kompetencji, aby pytać mnie w tej sprawie o zdanie. Pod tym względem nie różnię się niczym od posłów z sejmowych komisji, którzy pozytywnie opiniowali ten projekt, pewnie nie wiedząc, nad czym głosują. Ale właśnie z tego względu cieszę się, że spontanicznie pojawili się ludzie, w większości młodzi, którzy zabierają głos, bo przynajmniej wydaje im się, że mają coś istotnego do powiedzenia. Choćby ze względów pokoleniowych, nie są to moi kumple. Bardzo możliwe, że mamy całkowicie różne poglądy w wielu innych sprawach. Jednak w tej omawianej, są także moim głosem. Nie mam innego wyjścia, muszę teraz zaufać ich wiedzy i przywiązaniu do wolności, a zaraz potem postarać się zrozumieć racje, które przedstawiają.
Najbardziej zawiedziony byłbym, gdyby okazało się, że ten spontaniczny zryw skończy się z chwilą, gdy protestujący internauci osiągną doraźny, malutki sukcesik. Na przykład zagwarantuje się im bezkarność w ściąganiu pirackich kopi oprogramowania. Wymowny jest przykład lekarzy, którzy jeszcze niedawno formułowali w imieniu pacjentów wiele uwag do systemu refundacji leków. Mam wrażenie, że całkowicie zamilkli po tym, jak załatwiono ich najważniejszy, choć partykularny postulat. Chcę wierzyć, że z ACTA tak nie będzie. Przy wszystkich oczywistych różnicach, społeczny ruch protestu w tej sprawie przypomina mi rewolucję Solidarności. Nie brakuje jej krytyków, ale nie można odmówić jej, że przyniosła powiew wolności. Tyle, że nie raz na zawsze. Stale trzeba o nią zabiegać.
Lud ma zawsze rację? Miłego dnia!
Zgodnie ze szlachetną teorią media są wyrazicielem opinii społeczeństwa. Nierzadko tzw. czwarta władza przywołuje trzy pozostałe do porządku powołując się na głos ludu. Dlatego biada tym, którzy zdaniem dziennikarzy, niewystarczająco realizują to, co media w danej sprawie za wolę ludu uważają.
Rzadko się zdarza, żeby środowisko mediów mogło na sobie samym przetestować, jak wyżej opisana teoria sprawdza się w praktyce. Świetną okazją ku temu był konkurs, w którym wybierano nazwę ulicy prowadzącej do Galerii Świdnickiej.
Inwestor galerii -organizator zabawy, zaprosił do współpracy wszystkie lokalne redakcje. Ich przedstawiciele stanowili zdecydowaną większość ustanowionej kapituły. Jej zadaniem było wyłonienie z ogromnej masy propozycji (ponad 1200 zgłoszeń internautów), trzech nazw, na które finalnie można oddać głos. Kapituła dokonała wyboru. Jestem przekonany, że nikt z dziennikarzy należących do tego zespołu nie przypuszczał, jak wielką wrzawę wywoła ta zbiorowa decyzja. Gdyby z absolutną powagą brać wszystkie opinie wygłaszane w tej sprawie, można by odnieść wrażenie, że stoimy na progu tragedii. Dziennikarze zwykle zbierają głosy obywateli krytyczne wobec podejmowanych w mieście decyzji i pytają ich autorów: co wy na to? W tym wypadku nieoczekiwanie sami stali się adresatami takich pytań.
Przejrzałem fora internetowe, na których komentowano trzy zaproponowane nazwy. Jeśli zaglądnęli tam także dziennikarze tworzący konkursową kapitułę, mogli się dowiedzieć o sobie ciekawych rzeczy. Po pierwsze określono ich poziom intelektualny. Dokładniej nasz- bo też byłem członkiem zespołu. Liczni internauci dokonali tego, oceniając jednoznacznie efekt naszej pracy przy użyciu wyrazów: głupie, żenada, poronione pomysły, chała, miernota, bzdura, kupa, dupa. Wydaje mi się, że lawina tego rodzaju cenzurek, dla osób, które do tej pory żyły w przekonaniu o posiadaniu licznych przymiotów umysłu ( w odróżnieniu od samorządowców i urzędników zwykle nie poddaje się tego publicznie w wątpliwość ), może być nieco zaskakująca.
Poza tym, oprócz niedorozwoju umysłowego grupę naszą, zdaniem części użytkowników Internetu, cechuje także wyjątkowa nieuczciwość. Zarzucono nam stosowanie manipulacji. Ktoś np. odkrył spisek polegający na takim doborze trzech nazw, żeby narzucić zwycięstwo jednej z nich, podobno w tajemnicy uzgodnionej wcześniej przez kapitułę. O jednej z redakcji napisano nawet, że „maczała w tym swoje paluchy”, chociaż akurat nazwa popierana przez nich nie znalazła się w finałowej trójce. Nie brakuje sugestii, że kapituła steruje wynikami, żeby cenną nagrodę otrzymał ktoś znajomy. Ujawnili się także eksperci od zastosowanej w konkursie procedury. Nic nie szkodzi, że nie przeczytali zawieszonego na stronie galerii regulaminu konkursu. Kwintesencją wszystkich podobnych głosów może być następujący wpis: „Zwykli ludzie nic nie mogą zrobić, bo wszystko jest z góry ustawione”. Pewnie przywykliśmy, że samorządowcom z wielką łatwością zarzuca się, że nie mają czystych rak. Czasem na pewno słusznie. Dla dziennikarzy- członków kapituły nowym doświadczeniem jest, że społeczeństwo pyta o stan ich higieny. Nie tylko pyta, ale formułuje odpowiedzi. Głównie ustami forumowiczów, wyłącznie na podstawie subiektywnych odczuć pozostających w luźnym związku z faktami.
Trudno się dziwić, że miażdżąca krytyka finałowych nazw ulicy wywołuje propozycje specyficznych reakcji. Złożono nowe, ironiczne propozycje typu „Wydymanych mieszkańców”, „Ustawionych konkursów”. Ktoś podobno wybiera emigrację. Napisał, że wyniesie się na jakąś wyspę Pacyfiku. Zaproponowano bojkot ostatniej fazy głosowania. Wezwano także, żeby Rada Miejska nie przyjęła żadnej z trzech nazw.
Na lutowej sesji okaże się, jaki będzie dalszy ciąg sprawy. Zgódźmy się, że nie jest to rzecz szczególnej wagi. Faktem jest jednak, że w tak stosunkowo błahej kwestii rozpaliły się wielkie emocje, a aktywna grupa mieszkańców nie pozostawiła przysłowiowej suchej nitki na osobach podejmujących decyzję dotyczącą Świdnicy. Gdyby uznać, że internetowe fora są reprezentatywne dla ogółu obywateli, zmuszeni bylibyśmy uznać, że punkt widzenia „władzy” jest przeciwstawny opinii większości. Ale „władza’ nie oznacza w tej sytuacji prezydenta i radnych, lecz dziennikarzy, którzy zwykle identyfikują się ze stanowiskiem społeczeństwa.
Opisując te sprawę, nie miałem na celu przedstawienia jedynie paradoksu, który stał się udziałem przedstawicieli mediów. Jestem absolutnie pewien, że sytuacja byłaby identyczna, gdyby kapitułę konkursu tworzyli nauczyciele, medycy, krawcy lub taksówkarze. Każdy z nich byłby przekonany, że reprezentuje słuszną, rozsądną, wyważoną rację. Nie uchroniłoby go to jednak przed konfrontacją z posądzeniem, że prawdopodobnie jest głupcem lub łajdakiem, a na pewno nie liczy się z głosem społeczeństwa. I stałoby się tak niezależnie od tego, jakie nazwy byłyby wyłonione i jaką metodą by je wybrano. Gwoli informacji dodam tylko, że kapituła konkursowa postępowała dwuetapowo. Najpierw każdy członek z ponad tysiąca propozycji zgłosił jedną i krótko uzasadnił jej zalety. Potem głosowano, stosując zasadę, że nie popiera się nazwy przez siebie wskazanej. Nazwy: „Bulwar świdnicki”, ”Cudne manowce” i „Miłego dnia” miały najwięcej głosów, więc poddano je ocenie internautów.
Co z tego wszystkiego wynika? Na pewno nie zniechęcam do aktywnego udziału w życiu miasta oraz bycia uważnym i krytycznym wobec poczynań władzy samorządowej. Zwracam tylko uwagę, że jej rolą jest przede wszystkim podejmowanie decyzji dotyczących naszych spraw. Z oczywistych powodów, w żadnej z nich nie ma absolutnej zgodności poglądów wszystkich świdniczan. Dlatego nie ulegajmy zbyt łatwo tym, którzy z wielką pewnością siebie przedstawiają się, jako przedstawiciele „woli ludu”. Bardzo często ani nie mają racji, ani nie reprezentują większości.
Mam nadzieję, że „Miłego dnia” przypadnie do gustu mieszkańcom. Wierzę, że konkurs zorganizowany przez inwestora „Galerii Świdnickiej” oprócz wdzięcznej nazwy przyniósł jeszcze coś więcej. Ufam, że po nim mieszkańcy, w tym dziennikarze, z nieco większym dystansem i krytycyzmem przyjmować będą niektóre publiczne wypowiedzi. Dotyczy to na przykład opinii rozpowszechnianych w Internecie lub wystąpień, czasem wręcz histerycznych, podczas sesji Rady Miejskiej. Dlatego postanowiłem, że ilekroć ktoś będzie mnie przekonywał do bzdur powołując się na takie głosy, przypomnę mu opisany konkurs, uprzejmie odpowiadając- miłego dnia.
Życzenia z automyjni.
Chyba tylko ktoś całkowicie zakręcony może nie zauważyć, że zbliżają się święta. Ja nawet gdybym był wyjątkowo roztargniony, nabrałbym, co do tego faktu całkowitej pewności po wczorajszej wizycie w myjni samochodowej.
Wielokrotnie obserwowałem, że jeśli w kolejce stoją więcej niż 3 samochody, pomiędzy kierowcami panuje zwykle coś pomiędzy „zimną wojną”, a „szorstką przyjaźnią”. Byle pretekst może wywołać gwałtowne reakcje. Dlatego wczoraj zanim podjechałem do odkurzacza, przezornie poinformowałem ostatniego w ogonku do stanowiska mycia, że zajmuję za nim miejsce. W czasie, gdy sprzątałem wnętrze swojego samochodu podjechało tylko jedno nowe auto. Wysiadł z niego postawny mężczyzna, „na oko” niełatwy dyskutant. Pomyślałem, więc że nie ma sensu prowokować wymiany zdań o tym, kto komu powinien ustąpić miejsca i zająłem pozycję na końcu stawki. Jakież było moje zdumienie, gdy jegomość podszedł do mnie i uprzejmie poinformował, że mnie przepuści. Odwzajemniłem mu się deklaracją, że jeśli się spieszy, to ja mogę poczekać. Na to on, że nie ma mowy. Potem wręczył mi jakiś spray i zachęcił do spryskania moich felg, „bo po nim ten ….. lepiej schodzi podczas mycia”. Gdy gawędziliśmy, podszedł jeszcze inny kierowca, który także nie zdradzał żadnej nerwowości z powodu czasu oczekiwania. Potem promiennym uśmiechem i świątecznymi życzeniami obdarzyła mnie przesympatyczna córka mojej dobrej znajomej, która także sprzątała tu swój samochód. A na koniec pojawił się jeszcze kolega z dawnej pracy, z którym także wymieniłem bożonarodzeniowe życzenia.
Rozpromieniony wróciłem do domu i opowiedziałem o wszystkim żonie. Jej reakcja mnie zaskoczyła. Nie dostrzegła w całej sytuacji niczego niezwykłego, godnego pochwały. Ot, po prostu spotkali się na myjni wszyscy dekownicy, którzy pod byle pretekstem wymknęli się z domu, byle tylko nie uczestniczyć w przedświątecznej gorączce. Chcieli przeczekać niewygodny czas porządków i gotowania, więc stać ich było na wzajemne uprzejmości.
Gdyby nie figlarny błysk w oku, chyba bym uwierzył, że mówi serio. Niemniej zaprezentowany przez nią sceptycyzm, wobec objawów wyjątkowości świątecznej aury skłonił mnie do sformułowania poniższych życzeń.
Życzę wszystkim, którzy zamierzają celebrować „święto choinki”, „dzień karpia”, „przyjazd reniferów” lub „wylądowanie gwiazdeczki” (dobrze chociaż, że nie czerwonej!), aby ponownie cieszyli się z przeżywania pamiątki Bożego Narodzenia.
Życzę tym, którzy powtarzają banał „święta, święta i po świętach”, żeby świąteczny czas poruszył ich serce i uzdolnił je do zobaczenia w wydarzeniu sprzed 2000 lat tego czegoś więcej, co przemienia życie.
Rodakom, którzy przyjeżdżają na Boże Narodzenie do Polski życzę, żeby zawsze odnajdywali tutaj najlepszą, najbardziej wartościową cząstkę tego, co stanowi ich „ja”. Życzę im także, aby zawsze myśleli o sobie i o nas w kategoriach „my”.
Bardzo wielu osobom, które życzyły mi w ostatnich dniach „zdrówka, bo zdrówko jest najważniejsze”, odwzajemniam ich życzenia krzepkiego zdrowia. Jednocześnie zachęcam do zastanowienia nad tym, dlaczego nieszczęśliwych jest tak wiele osób o wyśmienitej kondycji. Pomocne będzie poznanie całkiem licznych przypadków, gdy prawdziwy pokój serca i smak życia odnaleźli ludzie nieuleczalnie chorzy.
Na koniec, prawdziwie „końskiego zdrowia” życzę wszystkim czytelnikom mojego bloga, których strasznie wkurza to, jak i o czym piszę. Zdecydowanie odradzam im rezygnację z zaglądania na blog, bo być może są jedynymi, którzy to robiąJ Jeśli nie znajdą w ciągu roku skutecznego środka przeciw swej nerwacji, proponuję seans terapeutyczny na myjni samochodowej. Możemy się tam spotkać przed następnym Bożym Narodzeniem. Jest duża szansa, że się do siebie zbliżymy.
Niezłomni.
Z okazji 30 rocznicy wprowadzenia stanu wojennego dolnośląska Solidarność ustanowiła odznaczenie „Niezłomni”. W Świdnicy otrzymało je 40 osób (na razie tylko tyle, ale ma ich być zdecydowanie więcej) za, jak napisano w legitymacji towarzyszącej odznaczeniu, „poniesione wyrzeczenia, ofiarność, bezinteresowność, obronę godności człowieka i wierność ideałom „Solidarności” podczas działalności w podziemnych strukturach w latach 1981-1989 oraz za bohaterską walkę o suwerenną i niepodległą Polskę”.
Podczas uroczystości wręczenia tych wyróżnień w miejskim teatrze zaśpiewanych zostało kilka znanych piosenek z repertuaru Jacka Kaczmarskiego. Między innymi wiersz Zbigniewa Herberta pt. „Mur”. Słuchając go, zdałem sobie sprawę, że po 13 grudnia 1981 roku tekst ten całkowicie zgadzał się z moim rozumieniem sensu oporu przeciwko komunistycznej dyktaturze. Kaczmarski śpiewał o zniewalającym człowieka murze, który bardzo powoli, ale stale kruszony jest przez drzewo i gwiazdę, stanowiące symbol wolnego życia i nadziei. Refren brzmiał: Za sto, dwieście lat będzie już małe okienko. Rzeczywiście, pamiętam z tamtego czasu, że moja pewność, co do konieczności przeciwstawienia się ówczesnemu systemowi szła w parze z przekonaniem, że zwycięstwo nastąpi dopiero właśnie za jakieś sto, dwieście lat. A mimo tego, nie uważałem się za głupca, desperata, straceńca. Po prostu, wchodząc dopiero w dorosłe życie, uznałem za rozumne i warte ryzyka ofiary przyjęcie pewnej postawy, w której chciałem wytrwać. Choć nie miałem pojęcia, w jaki sposób to nastąpi, wierzyłem, że w końcu uzyskamy wolność, nawet, jeśli przyjdzie bardzo długo na nią czekać.
Piszę o tym, nie dlatego, że chcę snuć kombatanckie wspominki lub podkreślać swą niezłomność. Ważne jest dla mnie to, że tak naprawdę, ta historia się nie skończyła. Więcej, nigdy się nie skończy! Wiem, że zawsze pragnienia dotyczące wolności i dobra człowieka oraz naszej Polski będą niezaspokojone i nigdy wielu z nas nie przestanie czuć się zobowiązanymi do kontynuowania swej walki, pracy. Zmieniają się okoliczności. Nie zmienia się cel. Także wtedy, gdy przychodzi uznać go za nieosiągalne marzenie, odległy ideał.
Mój sposób myślenia powoduje praktyczne konsekwencje. Wszystko, o czym napisałem, mimo upływu lat jest dla mnie ważne. Cóż, zatem może mnie zniechęcić, kto i czym może mnie zastraszyć lub kupić, żebym zmienił raz wybraną drogę? Nie ma takiej możliwości. Dlatego z odwagą i poczuciem wolności jestem w stanie mierzyć się z przeciwnościami, problemami oraz w razie konieczności, konfrontować się z ludźmi wyznającymi inne zasady niż ja. Mam także zdolność podniesienia się po poniesionych porażkach.
Nazwa odznaczenia – „Niezłomni” budzi niepokój, czy aby dorastam do tego określenia. A jednocześnie, zachęca mnie do wysiłku, aby sprostać wezwaniu zawartemu w cytacie z Herberta zapisanym, jako motto w legitymacji:
…..idź wyprostowany wśród tych co na kolanach,
wśród odwróconych plecami i obalonych w proch,
ocalałeś nie po to aby żyć […] Bądź wierny. Idź.
No to idę. Bez poczucia wyższości wobec innych. Bez pychy. Ze świadomością, że nie wszystko potrafię i że także, jak inni, popełniam błędy. Idę.
A z tego, że znalazłem się wśród odznaczonych jestem zwyczajnie dumny. Bo choć nie „kolekcjonuję” medali, tytułów i nagród, to nie jestem pewien, czy w ogóle istnieje osiągalne dla mnie wyróżnienie, którego przyznanie byłoby dla mnie większym honorem.
Psy do Paryża?
Dwa tygodnie temu prezydent miasta zmuszony był odwołać kolejną edycję „Debiutu Gospodarczego”. Dla przypomnienia, jest to rodzaj konkursu, w którym miasto wspiera wchodzących na rynek pracy młodych świdniczan. Jeśli przedstawią ciekawy i dający szanse powodzenia pomysł na własny biznes, mogą liczyć na dofinansowanie kosztów uruchomienia tego przedsięwzięcia. Nie wszyscy laureaci osiągnęli trwały sukces. Jest jednak w Świdnicy całkiem spora liczba niewielkich firm, które wytrzymały próbę czasu i nieźle dają sobie radę.
Dlaczego więc nie kontynuujemy projektu? Bo okazało się, że jest on nie do pogodzenia z członkowstwem Polski w Unii Europejskiej. Na czym polega nasze „przestępstwo”? Na przekraczaniu zasad udzielania pomocy publicznej podmiotom gospodarczym. Pisząc jaśniej, na tym, że z budżetu Świdnicy chcieliśmy pomagać mieszkańcom Świdnicy. Co prawda unijne reguły tego nie wykluczają, ale wymagają, żeby ta pomoc adresowana była w takim samym stopniu do wszystkich młodych Polaków, ale oprócz tego także do naszych braci Czechów, Germanów, Franków itp. Być może powinniśmy być dumni, że cała Europa tak wielkie nadzieje wiąże z naszą skromną inicjatywą? Wątpię jednak, żeby świdniccy podatnicy zgadzali się na fundowanie grantów początkującym przedsiębiorcom spoza naszego miasta.
Piszę o tym w związku z zamieszaniem, jakie powstało po ostatnim wystąpieniu ministra Sikorskiego w Niemczech. W bardzo wielu komentarzach pojawia się teza, że istotnie jego propozycja zmierza do ograniczania narodowej suwerenności, ale cóż z tego. Podobno nie warto się tym przejmować. Osoby o znanych nazwiskach tłumaczą nam, że nie należy się bać podporządkowania Niemcom i Francji, bo w zjednoczonej Europie decyzje podejmują fachowi, bezstronni urzędnicy z Brukseli, a nie kanclerz i prezydent. Ponadto nasza samodzielność w podejmowaniu decyzji dotyczących rozwoju tylko nieznacznie się zmniejszy. A w ogóle, to powinniśmy być wdzięczni, że (jak to się ładnie określa językiem dyplomacji) ktoś chce przejąć odpowiedzialność za naszą pomyślność.
Nie twierdzę, że znam się na wielkiej polityce i globalnej ekonomii bardziej niż panowie Tusk, Komorowski, Cimoszewicz i Kwaśniewski. Być może świat tak bardzo się zmienił, że historyczne analogie nie mają już zastosowania. Faktem jest jednak, że ilekroć ktoś obcy „przejmował odpowiedzialność” za przyszłość Polski, delikatnie mówiąc, nie wychodziliśmy na tym najlepiej. Nie rozumiem także, skąd bierze się przekonanie, że funkcjonariusze unijni lepiej zadbają o nasze sprawy niż my sami. Ponadto za patologiczną naiwność uważam pogląd, że pani Merkel i pan Sarkozy będą w stanie przeforsować zmiany traktatu unijnego, a nie zadbają o korzystny dla interesów swych państw dobór osób kierujących tą organizacją.
Ale wracając do przyziemnych problemów, zastanawiam się, jakie konsekwencje zgody Polski na nowy ład ekonomiczny w Europie będą wynikały dla naszych lokalnych spraw. Skoro w kraju teoretycznie cieszącym się dużą swobodą gospodarczą niemożliwe jest nawet przeprowadzenie świdnickiego „Debiutu Gospodarczego”, jak będziemy zmuszeni postępować, gdy jeszcze bardziej ograniczona będzie nasza niezależność. Czy ceny biletów MPK przyjdzie nam konsultować w Berlinie, a podatek od psów w Paryżu?
Państwo opiekuńcze.
Pewnie nie tylko mi zdarzyło się czasem odczuć, że nasze państwo nie zawsze należycie troszczy się o swych obywateli. W jednym z tygodników znalazłem informację, z której może wynikać, że sytuacja wyraźnie się poprawi. Okazuje się, bowiem, że żeby skuteczniej zająć się naszym losem, państwo najpierw chce nas lepiej poznać, czyli więcej o nas wiedzieć. Jak to robi? Poniższy cytat to wyjaśni:
„Polska jest liderem w Unii Europejskiej pod względem inwigilacji obywateli. Według Komisji Europejskiej, w Polsce służby specjalne najczęściej w Europie wnioskują do firm telekomunikacyjnych o przekazanie danych abonentów, bilingów i informacji o lokalizacji telefonów komórkowych. W 2010 roku aż 13 mln razy.”
13 mln wniosków to chyba rzeczywiście sporo. Jeśli od liczby wszystkich mieszkańców Polski odejmiemy dzieci i staruszków otrzymamy około 26.5 mln ludzi w wieku produkcyjnym. Wygląda, więc na to, że statystycznie, co drugi Polak w wieku dojrzałym był w ubiegłym roku przedmiotem specyficznie okazanego zainteresowania ze strony służb państwowych. Pewnie chciały się dowiedzieć, czy przypadkiem czegoś nam nie brakuje do szczęścia. Bo, w jakim innym celu mogłyby interesować się tak wielką liczbą ludzi?
Oczywiście żartuję sobie z tych niepokojących danych. A jednak sprawa jest dosyć poważna. Biorąc pod uwagę przedstawioną statystykę, możesz Szanowny Czytelniku czytając ten tekst zastanowić się, którego z nas chciano podsłuchiwać. Mnie czy Ciebie? Być może mnie. Nie byłoby to nawet dziwne. Skoro od długiego już czasu współuczestniczę corocznie w wydawaniu publicznych pieniędzy (łącznie ponad miliard złotych), mogę budzić zainteresowanie agentów. Przyznam nawet, że rozumiem to i nie oburza mnie próba patrzenia mi na ręce (lub do ucha). Jeśli jednak podobne pytanie „ja czy ty?” postawisz swoim: matce ojcu, żonie, bratu itp. odpowiedź może nie być jednoznaczna i łatwo wytłumaczalna.
Większość polityków i mediów przekonuje nas, że bezpowrotnie minęły czasy „kaczyzmu”, gdy podobno wszyscy byliśmy pod nieustanną obserwacją, jako potencjalni przestępcy. Dlatego szukam innego uzasadnienia dla tak ogromnej chęci inwigilowania nas. Z tego powodu posłużyłem się ironią i napisałem na wstępie, że ta aktywność służb specjalnych wynika, być może, z troski o nas. Ale czy to Szanowny Czytelniku wydaje Ci się wiarygodne? Czy jesteś gotów w to uwierzyć?
Remanent
Oj, narobiłem sobie strasznych zaległości w pisaniu bloga. Ponad półtoramiesięczne milczenie pomimo tylu wdzięcznych tematów do podjęcia! Dlatego, choć trochę nadrabiając zaległości, dzisiaj krótko o kilku sprawach.
Świdnicki maj.
Dawno nie odbyło się w naszym mieście w ciągu jednego miesiąca tak wiele znaczących wydarzeń. Największa liczba świdniczan uczestniczyła w festiwalu reżyserii filmowej. Na dobrej drodze są starania, żeby zwiększyć dawkę wartościowego polskiego kina. Podjęliśmy rozmowy na temat włączenia Świdnicy do programu pod nazwą „Polska światłoczuła”. To coś w rodzaju obecnego festiwalu, lecz trwającego przez cały rok. W regularnych odstępach czasu odbywałyby się projekcje najbardziej interesujących filmów połączone ze spotkaniami z ich twórcami. Pierwsze reakcje organizatorów akcji na nasze zgłoszenie są bardzo obiecujące. Zainteresowanych zachęcam do odwiedzenia www.polskaswiatloczula.pl
Przebudowa placu św. Małgorzaty na finiszu.
Trwają ostatnie prace. Zakończą się jeszcze w czerwcu, więc prawie wszystko jest już gotowe. A ponieważ do odbioru pozostało jeszcze trochę czasu, media na razie prawie nie komentują końcowego efektu. Dzięki temu świdniczanie mogą najpierw wyrobić sobie na ten temat własne zdanie, a dopiero potem skonfrontować je z ocenami medialnymi.
Faktem jest jednak, że trwające przez wiele miesięcy biadolenie malkontentów okazało się bezpodstawne. Na przykład na centralnym skrzyżowaniu nie tworzą się zapowiadane przez nich korki oraz nic nie tamuje ruchu autobusów. Trudno także wygłupiać się twierdzeniami o „betonowaniu” placu skoro zieleń, za pamięci nawet najstarszych świdniczan, nigdy nie była w lepszym stanie. Najbardziej znaczącą reakcją mieszkańców na ostateczny kształt placu jest masowe wręcz korzystanie z ustawionych tu ławek. Warta zauważenia jest także ilość dzieci, które na razie „nielegalnie” (bo forsując ogrodzenie placu budowy) przychodziły z opiekunami na niegotowy jeszcze plac zabaw. Widać, że podobnie, jak fontanna będzie się on cieszyć dużym powodzeniem.
Tak, więc pierwsze reakcje świdniczan są sympatyczne. Zobaczymy, czy nie zmienią się, pod wpływem publikacji niektórych dziennikarzy. Bo zdarzało się już, nawet zupełnie niedawno, przekonywanie obywateli, że niesłusznie dumni są z osiągnięć miasta, bo na przykład …., na zapleczu kamienic w Rynku znajdują się zaniedbane podwórka.
Zmiana zarządu WSSE Investpark.
Po tylu zaskakujących decyzjach personalnych, jakie przeżyliśmy na przestrzeni minionych lat, pozbycie się znakomitych szefów strefy nie powinno już budzić żywszych reakcji. A jednak budzi i jest to ważne. Ponieważ jednak sprawa ta opisywana jest szeroko w mediach, nie tylko lokalnych, nie będę poświęcał jej wiele miejsca. Zwrócę tylko uwagę na dwa szczegóły, pewnie nie najważniejsze.
Na terenie naszej strefy ulokowali się już inwestorzy i trwają rozmowy z następnymi koncernami z Azji. W skład reprezentujących ich delegacji, według mojej wiedzy, nie wchodzą kobiety. Przynajmniej ja się z tym nie spotkałem. Wynika to z uwarunkowań kulturowych występujących w Japonii i Korei. Nawet, jeśli nie podoba się nam sposób traktowania i rola, jaką azjaci przeznaczają paniom, obyczaje te są faktem. Faktem też jest, że zabiegając o pomyślne sfinalizowanie rozmów, nierzadko spełniamy wyszukane i trudne do spełnienia oczekiwania inwestorów. Uczynienie pań najważniejszymi partnerami rozmów prowadzonych w WSSE przez azjatyckich przedsiębiorców rodzi uzasadnione pytania o klimat i skuteczność negocjacji. Ewidentnie tworzymy trudności, z którymi będziemy zmuszeni bohatersko się zmagać, ale pewnie bez większych szans na uzyskanie sukcesu.
Może nie jest powszechnie znany fakt, że powołując dwie nowe panie na funkcje członka zarządu spółki, minister pozostawił tam jednego „starego” członka, który nie pełnił ani funkcji prezesa, ani wiceprezesa. W rezultacie mamy sytuację, w której nie wiadomo, komu dokładnie przypisano, jaką odpowiedzialność za kierowanie firmą i kto ma wykonywać szereg uprawnień należących ewidentnie do szefa. Jest to jedyny znany mi przypadek, w którym prezes spółki sprawuje swa funkcję przez „domniemanie”.
Mogą wynikać z tego, co najmniej dwa wnioski. Pierwszy taki, że minister i jego ludzie ujawnili swą całkowitą ignorancję. Drugi taki, że nie wyznaczenie prezesa i zastępcy nie ma żadnego znaczenia. Być może panie traktowane są wyłącznie, jak kukiełki, którym podziękuje się za występ przy najbliższej stosownej okazji. Promotor takich zmian zyska nawet spore uznanie. Nie będzie przecież zwalniał cenionych prezesów Grebera i Kasprowicza, lecz panie prezes z etykietą PSL.
Tęsknoty, obawy, pragnienia – Wielkanoc.
Nasze życie- moje życie w dużej części składa się z tęsknoty. Tęsknoty za ludźmi, których nam brakuje, nie pożegnaliśmy się z nimi lub nie zdołaliśmy im powiedzieć tego, jak bardzo wiele dla nas znaczyli. Tęsknoty za momentami życia, gdy czuliśmy się naprawdę szczęśliwi, potrzebni innym lub przez nich aprobowani. Kiedy mieliśmy przekonanie, że świat stoi przed nami otwarty na oścież i daje nieskończoną liczbę szans.
Nasze życie – moje życie pełne jest pragnień. Jakbyśmy jej sobie nie wyobrażali, domagamy się sprawiedliwości. Niezależnie od tego, czy jesteśmy gotowi na spojrzenie jej w oczy, żądamy prawdy. Chcemy widzieć sens naszej codziennej krzątaniny. Pragniemy być kochani i mieć prawdziwych przyjaciół
Nasze życie- moje życie jest pełne obaw. Gdy słuchamy wieści „ze świata”, rodzi się obawa o przyszłość. Czy przetrwamy i jaka będzie Polska? Kiedy nasi bliscy mają kłopoty, martwimy się o nich. A jeśli wyruszają w daleką podróż, lub nawet zupełnie niedaleko, ot choćby do przedszkola, drżymy o ich bezpieczeństwo. Gdy rano wychodząc do pracy całuję żonę, zastanawiam się, czy dane mi będzie jeszcze wrócić do domu.
Jest taki dzień w roku, w którym wszystko, czym żyjemy nabiera nowego znaczenia. Bezpośredni świadkowie, a po nich ogromna liczba innych osób ofiarowała swe życie, aby potwierdzić, że Chrystus zmartwychwstał i jest obecny tu i teraz. O ile odważymy się dać temu wiarę, nasze tęsknoty, pragnienia, obawy potraktujemy zupełnie inaczej. Bo przecież, jeśli prawdą jest, że On pokonał śmierć, wszystko, co dobre jest możliwe. Jeżeli naprawdę gotów jest nas przygarnąć, możemy być w dobrych rękach. Ze spokojem i ufnością zmierzamy do wieczności. Czy pamiętamy, w jaki sposób Jan Paweł II „odchodził do domu Ojca”?
Życzę, żebyśmy wśród wszystkich przyjemności związanych ze świętowaniem znaleźli chwilę, aby zastanowić się lub przypomnieć sobie, po co naprawdę są te święta. Gdy znajdziemy właściwą odpowiedź, będziemy wręcz wzruszeni tym, jak bardzo pisanki są kolorowe, a zając uśmiechnięty.
Pomiędzy kukurydzą i prochami.
Na pewno nie jest to żadna sensacja, ale przyznam się, że nie zażywam narkotyków i nie jem w kinie prażonej kukurydzy. Z tego powodu istnienie tych dwóch produktów mogłoby być dla mnie kompletnie bez znaczenia. Teoretycznie mogłoby także nie obchodzić mnie, czy inni te rzeczy konsumują, bo przecież to ich decyzja, ich życie. Jednak niezupełnie tak jest. Podczas seansu specyficzny zapach i odgłosy przeżuwania kubła kukurydzianej karmy wywołują we mnie pewną irytację, ale jest mi to właściwie obojętne. Inaczej ma się sprawa z amatorami prochów. Trudno się nimi nie przejmować, jeśli ma się świadomość, że istnieje realne ryzyko doświadczenia skutków ich postępowania. Wszakże każdego dnia jakiś ćpun na głodzie narkotycznym może mi wsadzić nóż między żebra, bo bardzo potrzebuje mojego portfela. A inny cymbał na haju kierujący samochodem, może mnie staranować na przejściu dla pieszych. Nie wspomnę innych, powszechnie znanych następstw narkomani.
Gdzieś pomiędzy tymi dwoma skrajnymi przykładami znajduje się szczególny obszar naszej rzeczywistości – pornografia. Znamienne, że ktokolwiek ten problem publicznie wywołuje, próbuje się go uznać za dziwaka lub „mohera”, odsyła się go do kościelnej kruchty lub traktuje, jako wroga wolności obywatelskich. Można wręcz odnieść wrażenie, że według niektórych rodaków szczytowym osiągnięciem w rozwoju III Rzeczypospolitej jest powszechna dostępność piwa w puszce, a zaraz po niej wszechobecność gazet z gołymi babami.
Do poruszenia tematu sprowokowały mnie podjęte przez grupę mieszkańców, nieudane (jak dotychczas) starania o usunięcie z wystaw świdnickich sexshopów niektórych, bardzo krzykliwych eksponatów. Wkurzyłem się szyderczymi, chamskimi komentarzami dotyczącymi ich inicjatywy, chociaż mam tyle wspólnego z pornografią, co w przybliżeniu, z prażoną kukurydzą i narkotykami. Zabieram głos, bo przekonują mnie argumenty, że bardzo agresywna promocja handlu w tej branży nie jest wyłącznie czyjąś indywidualną sprawą. Nie pozostaje ona obojętna dla przyjętych wzorców zachowań społecznych. Przeciwnie, staje się elementem presji wywieranej na społeczeństwo w celu zmiany w większości akceptowanych w Polsce jeszcze do niedawna norm postępowania. Stopniowo upowszechnia się nowy styl życia. W uproszczeniu sprowadza się on do akceptacji seksu, jak mawiali starożytni Rosjanie: skolko godno i gdie popało.
Z tego powodu nie dziwi mnie reakcja obywateli, którzy chcą ograniczenia ekspansji pornografii, także przez stonowanie wystaw w sexhopach. O słuszności ich stanowiska świadczą światowe publikacje oparte na poważnych badaniach. Jednak, ponieważ to jest mój osobisty głos, odwołam się wyłącznie do własnego doświadczenia. Wśród swoich znajomych znam, co najmniej kilka przypadków wielkich dramatów ludzkich, których jedną z kluczowych przyczyn była rozwiązłość seksualna. Dotyczy to także około połowy interesantów wysłuchiwanych podczas wtorkowych przyjęć w Urzędzie Miasta. Ich życie najczęściej legło w gruzach, także z innych powodów. Co można jednak powiedzieć o beztroskiej pani, która prosi o wsparcie dla siebie, konkubenta i czworga dzieci. Każde ma innego (wciąż żyjącego) ojca. Albo gdzie szukać przyczyn, że bardzo młoda para usiłuje wymusić przyznanie mieszkania socjalnego, bo co prawda nie pracują, ale podobno bardzo się kochają. Właśnie spodziewają się narodzin owocu swej miłości. Mają już jeden na utrzymaniu (a raczej utrzymaniu opieki społecznej), który jest pamiątką po uczuciu, jakim dziewczyna darzyła do niedawna brata obecnego partnera. Tyle, że braciszek chwilowo przebywa za kratami. Co podyktuje serce, gdy wróci? Okaże się. Takich przykładów mógłbym mnożyć. Dlatego za głupca uznam każdego, kto twierdzi, że nie ma związku pomiędzy propagowaniem treści pornograficznych, a panująca obyczajowością i w konsekwencji marnymi szansami na prawdziwe szczęśliwe, spełnione życie pojedynczych ludzi oraz pomyślność naszej społeczności.
Erotyka zawsze była ważną częścią ludzkiego „ja” i taką pozostanie. Nie dotykam w swej wypowiedzi sfery wyznawanego światopoglądu i etyki, choć tak naprawdę one są najważniejsze. Ale nawet bez argumentów z tej dziedziny, nie dostrzegam powodów, żeby zgadzać się na dyktat ludzi, którzy ze względów ideologicznych lub z chęci zysku usiłują narzucić nam destrukcyjne wzorce zachowań seksualnych. I dla mnie nie ma to nic wspólnego ze swobodą postępowania każdego człowieka. Jeśli ktoś ma potrzebę odwiedzenia sklepu z artykułami erotycznymi, to jego decyzja. W imię wolności obywatelskich oraz interesu publicznego, nie powinno być jednak dopuszczalne epatowanie z witryn sklepowych treściami pornograficznymi. Przechodząca ulicą osoba nie powinna być niejako zmuszana do oglądania silikonowych cycków lub fallusów na baterie. Takie widoki nie powinny być też dostępne dla dzieciaków. Jest to, moim zdaniem elementarnie oczywiste, bez potrzeby prowadzenia kazuistycznych debat na temat definicji pornografii. Mam nadzieję, że ostatecznie znajdzie skuteczny sposób reagowania na nią zarówno prokurator umarzający w Świdnicy postępowanie z powodu braku stosownych przepisów prawa, jak i urzędnik Ministerstwa Sprawiedliwości, który stwierdził w odpowiedzi na interpelację poseł Zalewskiej, że prawo daje dzisiaj prokuratorom odpowiednie możliwości.
